Zamiast cudzych znaczków.
Jeden, prawdziwy znak.
O tym, jak w drodze, z prostego pytania i rodzinnej rozmowy, narodziła się Błogosławionaś.
Jechałem autem, za oknem mijały kolejne kilometry, a w głowie kręciła mi się jedna, natrętna myśl: ile lat z własnego życia spędziłem, nosząc na piersi cudze znaczki? Nike, Puma, 4F, Tommy. Ciągła pogoń za metką i prestiżem, który dziwnym trafem ulatnia się dokładnie w sekundzie, w której wreszcie zapłacisz za niego przy kasie.
I wtedy, gdzieś między jednym zjazdem a drugim, uderzyło mnie proste pytanie, na które zupełnie nie miałem odpowiedzi: dlaczego właściwie mam się wstydzić tego, w co wierzę i po co żyję? Dlaczego wielkie logo korporacji nosimy z dumą, a to, co dla nas najważniejsze, chowamy głęboko pod kurtkę?
Kiedy wróciłem do domu i zaczęliśmy o tym rozmawiać, Karolina rzuciła nazwę. Od razu. Po polsku, bez silenia się na angielskie hasła, których nikt nie czyta i które nic nie znaczą.
B ł o g o s ł a w i o n a ś.
Pamiętam, że zapytałem ją wtedy zupełnie wprost, czy nie czuje się z tym dziwnie. Czy to słowo nie brzmi dla niej zbyt potężnie, zbyt uroczyście na zwykły dzień. Spojrzała na mnie i wyjaśniła to najprościej, jak się dało.
Drążyłem dalej. Zapytałem, co to właściwie znaczy w taki wtorek, kiedy od rana wszystko się sypie, dzieci płaczą, a w pracy jest pożar:
I w zasadzie w tych dwóch zdaniach zamknęła się cała nasza filozofia. Nie potrzebowaliśmy pisać do tego wielkich manifestów ani strategii marketingowych. To jest serce tego projektu.
Cała reszta to już tylko dobór właściwego materiału, dopracowanie kroju i mocne szwy.
Jeden, prawdziwy znak
Od lat filmuję wesela. Widziałem setki par składających przysięgę przed ołtarzem, a chwilę później w kruchcie — przekładanie butonierki „na szczęście” czy buty ustawiane na oknie. Wiara wymieszana z przesądami.
Nie oceniam tego. Zrozumiałem jednak, że w świecie pełnym sprzecznych komunikatów chcę nosić jeden, czytelny znak i dokładnie wiedzieć, co za nim stoi.
Dlatego na naszych ubraniach znajdziesz minimalistyczny obrys Matki Bożej Jasnogórskiej z Dzieciątkiem. Nic więcej. Bez krzykliwych haseł i wielkich cytatów na plecach.
Kiedy ktoś pyta Karolinę na placu zabaw, co ma na bluzie, słyszy po prostu: „To Mateńka. Nasza Jasnogórska.”
Kto za tym stoi?
Jest nas czworo (choć według naszego syna mieszkają z nami jeszcze dziadkowie, kot i mrówki):
Zapytana, jak wygląda Bóg, odpowiada, że tak jak my, bo stworzył nas na swój obraz. A zapytana o ulubioną bluzę, wybiera tę, która jest „po prostu milutka”.
Nasz wyznacznik jakości materiałuUwielbia śpiewać, a kiedy czegoś się boi, przytula się do mamy. Zapytany, co powiedziałby komuś, kto został zupełnie sam, odpowiedział bez wahania:
„Chodź, pójdę z tobą.”
Lepszego podsumowania naszej misji nie wymyślimy.